Ostatni rozjechany post jest porażką, nie potrafię tego naprawić, niestety. Widocznie jakieś złe moce rozpanoszyły się na moim blogu, czyjeś złe spojrzenia skalały czystą radość z przyrządzania i spożywania pysznego jedzonka. Bardzo mi przykro z tego powodu, a tego posta umieszczam na chwilę, żeby srpawdzić czy wszystkie następne posty będą takie popsute.
A'propos złych mocy, to jednym ze sposobów wypędzenia niedobrej energii jest palenie szałwi białej. Śmierdzi ona niczym oscypek, ale w sumie jest potem radość (pokolenia Indian nie mogły się mylić). Na złą energię dobra jest też herbata, którą właśnie piję zastanawiając się co poszło nie tak...
U was też występują czasem takie problemy? Od razu przyznam się, że nie umiem internetów. Cóż mogę rzec? Pomocy! Pomocy. Pomocy...
niedziela, 2 marca 2014
Jak zrobić zakalec
Będzie o brownie. Ostatnio bardzo popularne, czemu się nie dziwię bo jest przecież pyszne :) Intensywna czekoladowość przeplatana słodką nutką... Poza tym wykonanie jest bajecznie proste. Postanowiłam więc je zrobić, bo co, ja zakalca nie upiekę?...
Historia tego ciasta jest mniej więcej taka: dawno dawno temu, w odległej Ameryce, pewna zacna gospodyni przyrządzała dla swych dziatek i męża ciasto, pospolicie zwanego murzynkiem. Przeto wypiek czekoladowy umili wieczór przy herbatce. Zaiste, wieczór zapowiadał się cudownie, a kakaowa woń roznosiła się po mieszkaniu...Lecz cóż to?! Po wyciagnięciu z piekarnika puszyste ciasto zapadło się, ujawniając swoją zakalcowatą naturę! Ach, biedna gospodyni! Jakże to teraz dziatkom powiedzieć, że łakoci nie będzie? Jednak gospodyni była mądra, toteż nazwała wypiek BROWNIE, udając, że właśnie tak miało być. I wszyscy zjedli ze smakiem. Koniec.
Dobra, historyjkę zmyśliłam, nie wiem jak to było (nie chciało mi się też poszukać). Faktem jest, że brownie to zakalec i trzeba mieć chyba dwie lewe ręce i cztery lewe nogi, żeby je zrobić tak, żeby nie wyszło. Poza tym samo przygotowanie go zajmuje max 15 min + 25 min pieczenia.
Podstawą jest gorzka czekolada (taka w tabliczkach, sztuk 1,5-2), poza tym masło (cała kostka), szklanka cukru oraz 5 jajek -proporcje na blachę 30x30 cm) . Czekoladę topimy w garnku razem z masłem, dodajemy cukier i oczywiście dużo mieszamy cały czas. Tu jest miejsce na wrzucenie magicznych składników (mąka, kakao, jeśli ktoś miał mało czekolady, generalnie co nam akurat przyjdzie do głowy- jako że lubię awangardę, dodałam łyżkę mąki). Odstawiamy masę do przestygnięcia, właściwie w tym czasie ubijamy już białka z jajek na sztywną piankę, potem wrzucamy tam żółtka i całą puszystą piankę wlewamy do naszego garnka. Stopniowo, dokładnie mieszamy zawartość.
Do wyłożonej papierem do pieczenia blaszki (kwadratowej, okrągłej, keksówki...nie wiem czy blachy do ciasta mają jakieś specjalistyczne nazwy) wlewamy nasze ciasto, które powinno mieć miłą, gładką konsystencję. I myk to do piekarnika na 180 stopni. Jak się upiecze (wspomniane wcześniej 25...nooo może być nawet 30 min) możemy jeść. Na ciepło, na zimno, na pusty albo pełny brzuszek, na smaka... kto jak lubi.
No i wyszło takie, jak na załączonym obrazku. Pyszne, choć kiedy poprzednio je robiłam, dla mojego lubego, zrobiłam trochę lepsze. Nie wiem, włożyłam w nie chyba więcej miłości...
piątek, 24 stycznia 2014
Zielona Moc Brokułu
Brokuł: nie wiadomo czemu jest postrachem dzieci i zwolenników diety "mieso, czipsy i fast food". Brrr, taki zdrowy. Fuj, tak wiele witamin (szczególnie C i A)! Tyle magnezu i potasu, kwasu foliowego- ochyda... Cóż, mam nadzieję, że dni sławy tego koleżki zbliżają się wielkimi krokami. A ma on szansę zostać jednym z Asów w naszej kuchni, gdyż jest łatwy w przygotowaniu i można z nim poszaleć.
Dziś znalazłam różyczkę brokułów w lodówce i doznałam kulinarnego objawienia. Przez moją głowę przemknęła wizja pełnej gracji zapiekanki makaronowo-brokułowej. Ażeby ją przygotować potrzeba niewiele: brokuł, makaron, cebulka, kilka pieczarek, jakieś ząbki czosnku, kawałek żółtego sera i śmietana. Dopełnieniem całości jest kilka przypraw: pieprz, sól, pieprz ziołowy i tymianek :PMakaron i brokuła trzeba podgotować- najlepiej al dente, bo wszystko dojrzeje w naczyniu żaroodpornym w piekarniku. Ze swojej skromnej strony polecam makaron razowy i do gotowania dodać pół łyżki oliwy z oliwek (ogólnie makarony są pyszne!). Naczynie smarujemy odrobiną tłuszczu (ja użyłam masła). Na spód wsypujemy makaron, potem pokrojonego brokuła i zalewamy przygotowanym wcześniej sosem śmietanowym.
Zrobienie sosu to prościzna: cebulkę (1 lub 2) musimy zeszklić w rondelku, do tego wrzucamy pokrojone pieczareczki, wrzucamy odrobinę soli, pieprzu i pieprzu ziołowego. Dusimy krótką chwilkę, następnie dodajemy gęstą śmietanę, a nawet 2, jeśli nie chcemy, żeby nasza zapiekanka wyszła zbyt sucha i drobno posiekany (lub przeciśnięty) czosnek. Całość musi się jeszcze "przegryźć" na małym płomyczku kilka minutek. Na koniec dodajemy tymianek- dużo tymianku! Tak przygotowane sosiwo ląduje jako kolejna warstwa w naszym naczyniu.
Jak to zapiekanki mają w zwyczaju całość posypujemy tartym serem i myk! zapiekamy w temperaturze 220stopni przez 20-25 min. Potem nalewamy sobie kieliszek wina i zasiadamy do naszej zapiekanki, celebrując każdy kęs przygotowanej przez siebie pyszności. Smaczniutka, łatwa w przygotowaniu, zdrowa, aż się brzuszek cieszy. Smacznego! ;)
piątek, 3 stycznia 2014
Pan Kłącze.
Człowiek stoi sobie w kolejce w markecie i widzi, typ stojący przede mną ma same pyszności : piwo, czekoladę i kłącz imbiru. Tak stojąc w kolejce (tyyyle nudy) człowiek dostaje napadu kreatywnych myśli. No i musiałam się wrócić, bo Pan Kłącz nie dałby mi spokoju.
A potem zaczęłam się zastanawiać, co ja z nim właściwie zrobie ; D
Imbir to jedno z tych magicznych kłączy, o jego cudownych właściwościach możecie sobie poczytać w internetach. Mnie osobiście bardzo smakuje taki różowy, który dodają do sushi ( jeszcze kiedyś się tym zajmę, bo jest pyszny). Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała takiego surowego imbiru- dzieci, nie róbcie tego w domu, chyba że lubicie jeść surowy chrzan z wasabi. To mnie oczywiście nie zniechęciło do dalszej zabawy, o nie. Ja lubię ten ostry posmaczek, na który ostatnio zbierała mi sie ochota. I na herbatę.
A herbata najlepiej smakuje z imbirem kandyzowanym. No to do roboty.
Imbir trzeba było pokroić w kostki, ja trochę przesadziłam i zrobiłam za drobną. No i wykorzystując swoje doświadczenie nabyte przy kandyzowaniu skórek z pomarańczy, szklankę cukru ze szklanką wody zagotowałam w rondelku, a gdy zaczęło wrzeć wrzuciłam tam moją imbirową kosteczkę. No i gotowałam pod przykryweczką jakieś 40 min. Kiedy spróbowałam mojego imbiru efekt był taki, jak przy degustacji surowego. Stwierdziłam, że kandyzowanie trzeba powtórzyć. Syrop odlałam do szklanej butelki. No i po 30 min drugiego gotowania (procedury jak wyżej) dosypałam jeszcze trochę cukru, po 5 min efekt był zadowalący. Zadowalający tzn. po rozgryzieniu intensywny imbirowy posmak przepala nam gardło dopiero po chwili. Widziałam kilka przepisów, że kandyzuje się raz, a potem obtacza w jakimś cukrze, ale mnie osobiście ten pomysł się nie podoba, bo cukier paskudnie strzela w zębach. Potem kosteczkę rozłożyłąm na papierze śniadaniowym i pozostawiłam do wysuszenia.
Gwiazdą okazał się powstały syrop. Wymieszałam obydwa ( z pierwszego i drugiego kandyzowania) i wlałam do buteleczki. Teraz będę go mogła dodać do herbaty z cytryną, piwerka i pewnie jeszcze znajdę miljony innych zastosowań ;)
Ze 100 gramowego korzenia wyszła mi miseczka kandyzowanego imbiru i 0,7 l syropu. Projekt imbir uważam za zakończony z powodzeniem, ale Pan Kłącze jeszcze powróci. ;P
czwartek, 2 stycznia 2014
Kurczak po jurajsku
Miło jest na święta dostać książkę kucharską. To budzi swojego rodzaju potrzebę zrobienia czegoś kreatywnego. Po tradycyjnej świątecznej wyżerce przychodzi taki moment, że zjadłoby się coś, tylko nie wiadomo co. I nie chce się za bardzo stać w kuchni, więc najlepiej zrobić coś na szybko. Ot, taki przebłysk kulinarnego polotu, który można wcielić w życie w ciągu 30 min.
Do szybkich akcji najlepszy jest ryż i filet z kurczaka. To twierdzenie legło u podstaw kurczaka po jurajsku.
Sposób przyrządzania prosty, niczym konstrukcja analogowego urządzenia małorolnego, zwanego pospolicie cepem. Smażymy kurczaka pokrojonego w jakieś kostki/paski, dodajemy curry, a potem dodajemy wedle upodobań to co nam wpadnie w łapki. Mi w łapki wpadła cebula, papryka, kilka pieczarek, puszka kukurydzy i ananasa. Wszystko szybciutko się poddusza, soli, pieprzy, potem doprawia upolowanymi wcześniej przyprawami (bazylia, tymianek). Warto dodać pieprzu ziołowego, o którym tym razem zapomniałam (wiedziałam, że czegoś mi brakuje!). Po drodze były jeszcze jakieś orzechy włoskie i sezam. Niechcący wlała się też szklaneczka czerwonego wina. Całość posypałabym jeszcze szczypiorkiem, ale tego akurat nie miałam (brakuje czegoś zielonego, lubię jak jest kolorowo na talerzu).
No i oczywiście ryż, brązowy. Dlaczego brązowy? Bo taki mi się niechcący ugotował (niepopaczyłam dobrze). Jak zwykle chciałam dobrze, a wyszło zajebiście. Smakowitość. ; )
niedziela, 15 grudnia 2013
Moje schaby. odc.1
Dziś dałam się ponieść eksperymentom. Niedzielny obiad, nuda jak zawsze, a że udało mi się uzyskać wolną kuchnię, to poszalałam ;D Na warsztat wzięłam schab, bo mogłam. I nadziałam go pomarańczą, bo lubię.
Pomysł okazał się trafiony, bo smakowało. Pyszna rzecz, polecam jako urozmaicenie na świąteczny stół, ale przejdźmy do procedur wykonania.
Najpierw bierzemy schab i go marynujemy. Posolić, popieprzyć, obłożyć pokrojoną w plasterki cebulką polać odrobiną wina (kieliszek jak do wódeczki) i przykryć. W tym czasie ucieramy przyprawy: goździki, kuleczki jałowca, trochę pieprzu cytrynowego. Posypujemy nasze mięsko, troszkę wcieramy, troszkę polewamy winkiem i zostawiamy na chwilkę, jakieś 15 min, no chyba ze chcemy bardziej, to wsadzamy do lodówki, może stać całą noc. Co dalej? Do 2 łyżek oliwy z oliwek dodajemy dużo czerwonej papryki, cynamon, imbir, rozmaryn i zostawiamy na chwilkę. W tym czasie obieramy pomarańczki. Ja obrałam 2 (ładnie bo będę robić skórki kandyzowane) i kroimy je na kostki, jakieś takie kawałki... Potem faszerujemy mięsko. Kieszonkę na pomarańcze trzeba zrobić ostrożnie, żeby nie rozciąć schabu na wylot gdzieś z boku. Wciskamy nasze pomarańczki i wbijamy ze 2 wykałaczki na końcach, żeby się nie rozwalało. Pomarańczek nie żałujemy, trzeba ich tam sporo napchać, tym bardziej, że pewnie przy wciskaniu wyciśnie się sok. No i szykujemy rondel.
Dno rondelka polewamy oliwą, wkładamy tam nasze mięsko, wsypujemy cebulki i wszystko co nam zostało po marynowaniu, potem dodajemy oliwę z przyprawami, solimy, jak z pomarańczek zostało trochę soku to też wlewamy i dusimy na małym płomyku. Długo, z godzinkę, pamiętamy żeby obracać, bo bardzo lubi się przypalać : P Tak w połowie duszenia dolewamy trochę wody (szklankę/półtorej) dusimy dalej. Możemy dosypać więcej przypraw, jak chcemy żeby było bardziej aromatyczne.
Delektujemy się aromatami (u mnie w domu wszyscy się zaciągali). Kiedy widelec będzie się bez problemu wbijał ze wszystkich stron, uznajemy, że schabik jest gotowy. Wyciągamy więc nasze mięsko, kroimy w jakieś plasterki i mamy takie o:
To nie wszystko, trzeba jeszcze skończyć sos. W 3/4 szklanki wody mieszamy ze 2 łyżki mąki, jak dobrze rozprowadzimy (do tego służy takie sprytne analogowe urządzenie drewniane/plastikowe z gwiazdką na końcu, które jakoś się nazywa, ale nie pamiętam jak^^) wlewamy do gotującego się sosu, ciągle mieszając, aż się ładnie. zagęści .
Z czym to jemy? W sumie ze wszystkim: ziemniaczki, ryż, kasza jaglana, kuskus, co nam tam przyjdzie do głowy. Ja sobie akurat wybrałam ochotnika do obierania kartofli, więc było z pyrkami. I zrobiłam surówkę z białej kapusty (poszatkowana biała kapusta, dobrze posolona, do tego potarta na wióreczki marchewka i bardzo drobniutko pokrojona cebulka). To był dobry obiad. Kalorii nie liczymy, bo przecież zrobione przez siebie nie tuczy, ale dla porządku możemy sobie strzelić czerwoną herbatę. Smacznego! ;P
niedziela, 1 grudnia 2013
Co ma ciastko do herbaty?
Jak już się pewnie domyślacie dziś będzie o ciastkach i herbacie. Nie, nie będą to herbatniki, ani też nie chodzi o to, że robimy ciastka, a herbatą popijamy. Cały szał polega na tym, że herbatę dodamy do środka ciastka. Zieloną, bo taki kaprys. Jak więc przemycić herbatę do ciastka? Są na to cwane sposoby...
Od razu powiem wam skąd ten pomysł. Ano jest taka jedna herbaciarnia rodem z Glajwitz, której kanał można śledzić na jutjubie i oni tam wrzucają takie różne przepisy. Dziś dodali filmik o ciastkach z zieloną herbatą, więc pomyślałam sobie: "co, ja nie zrobię?;D". No to zrobiłam. Wyszły brzydkie, jak zawsze, kiedy robię ciastka, ale pewnie są lepsze ; P
Przepis jest banalny: potrzebujemy mąki, masła i zielonej herbaty, trochę cukru pudru. Cały psikus polega na tym, że zielona herbata musi być sproszkowana. Można kupić gotowca, nazywa się Matcha (znana, japońska herbatka, o specyficznych procedurach parzenia), albo można być kreatywnym i mieć w domu młynek do kawy. Młynek do kawy to magiczne urządzenie, ostatnio odkrywam coraz więcej jego zastosowań. Poza mieleniem kawy, cukru na cukier puder, kilograma żyta na mąkę, można też sproszkować zieloną, liściastą herbatę. Oczywiście im lepszy rodzaj herbatki weźmiemy, tym pewnie będzie smaczniejsze i lepiej będzie czuć naszą herbatkę. Najlepiej jednak trzymać się gdzieś pośrodku, bo bez sensu wydawać majątek na herbatę, której pełni smaku i tak nie wydobędziemy, z drugiej strony jak dodamy jakiś syf z torebki to raczej nie będzie dobre. No więc jak mamy zieloną herbatę, to mielimy sobie gdzieś ze 3-4 łyżki na proszek.
Stosowną ilość mąki (oczywiście dobraną "na oko") przesiewamy (żeby była puszystość^^) , do niej dodajemy przesiany cukier puder (tyle ile chcemy) oraz naszą zmieloną herbatkę-przesiewamy ją oczywiście przez siteczko, bo raz że puszystość, a dwa że chcemy tylko proszek, a nie jakieś niedomielone listki, czy patyczki. Wszystko razem mieszamy i dodajemy chłodne, pokrojone drobno masło. Teraz łyżką stołową mieszamy całą masę, żeby uzyskać konsystencję piasku ;D Kiedy już to osiągniemy dodajemy 2 jajka i mieszamy wszystko razem, aż nasze ciasto będzie mieć ciastowatą konsystencję.
Oczywiście, żeby była większa moc dodałam coś od siebie (w końcu przepisy są po to, żeby robić po swojemu). Znalazłam jakieś pestki z dyni i pomarańczę. W pomarańczy najbardziej fascynująca okazała się skórka, którą pokroiłam (oczywiście wcześniej była umyta!) w drobną kostkę i podsmażyłam z cukrem pudrem na łyżce masła na mini patelni, dodając trochę soku, bo jednak coś z tą oskubaną pomarańczą trzeba było zrobić. Potem zawijamy ciasto w papier/folię i wsadzamy do zamrażalnika na kilkanaście minut, albo jak mamy czas to do lodówki na nieco dużo dłużej. Aha. I jeszcze dodajemy proszek do pieczenia (przynajmniej ja dodałam, żeby fajnie wyrosły).
Nagrzewamy sobie piekarnik do ok. 140stopni, i kiedy nam się tak beztrosko nagrzewa, możemy się zająć naszym ciastem. Robimy sobie z niego taki wałeczek i kroimy na plasterki grubości pi razy drzwi 1 cm. Można też rozwałkować i wykrawać foremką, ale dużo paprania z tym. Potem plasterki kładziemy na blachę wyłożoną papierem i myk do piekarnika. Standardowo pieczemy tak długo, aż się upieką (zaczną się rumienić na brzegach). W ten oto sposób otrzymujemy....
Wychodzą takie zielonkawe ( w końcu z zieloną herbatą, c'nie? ;D). W sumie tyle. Pyszne. Spróbujcie. Do tego, żeby było kolorowo oraz aby dokuczyć daltonistom, można sobie zrobić czerwonego pu-erh'a (hmmm ciekawe jakby to wyszło, gdyby zrobić na odwrót...albo nie, lepiej nie), nie pójdzie w boczki.
Ba Dum Tsss. Smacznego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)


